Gdzie śpisz, tam mieszkasz?
Cała sprawa zaczęła się od wątpliwości, które od pewnego czasu krążyły zarówno po ostrowskich korytarzach władzy, jak i w przestrzeni publicznej. Zaczęło się od pisma mieszkańca. Pojawił się głos i pisma sugerujące, że troje radnych może w rzeczywistości nie zamieszkiwać na terenie Ostrowi Mazowieckiej, co - zgodnie z przepisami ordynacji wyborczej - stanowiłoby podstawę do wygaszenia ich mandatów. Radny, który nie mieszka w gminie, w której został wybrany, traci prawo do sprawowania funkcji. Brzmi prosto, ale diabeł tkwi w szczegółach.
Komisja rewizyjna, której przewodniczy Rafał Wierzejski, przeprowadziła postępowanie wyjaśniające i przedstawiła radzie swoje wnioski. Właśnie na ich podstawie przygotowano trzy projekty uchwał, po jednym dla każdego z radnych objętych procedurą. Jednak już sam sposób przeprowadzenia tego postępowania stał się przedmiotem ostrego sporu.
Trzykrotna próba zablokowania głosowania
Jeszcze zanim rozpoczęła się merytoryczna dyskusja, radny Paweł Pecura podjął próbę zatrzymania całej procedury. Złożył wniosek formalny o przerwanie procedowania punktu dotyczącego mandatów i odesłanie trzech projektów uchwał z powrotem do komisji rewizyjnej. Jego zdaniem dotychczasowe postępowanie wyjaśniające było przeprowadzone wadliwie, brakowało rzetelnego zebrania i oceny materiału dowodowego.
Wniosek Pecury był głosowany aż trzykrotnie i trzykrotnie został odrzucony przez większość rady. Dla jednych był to sygnał, że rada chce wreszcie zamknąć temat. Dla innych, dowód na to, iż większość radnych nie jest zainteresowana dogłębnym wyjaśnieniem sprawy.
Sam Pecura nie ukrywał rozczarowania. - Trochę szkoda, że odrzuciliście państwo ten wniosek, bo on rzeczywiście miał na celu doprowadzenie do tego, żeby komisja rzetelnie przeprowadziła swoją pracę, żeby nie było żadnych, ale to żadnych wątpliwości w tym, czy ta trójka radnych mieszka, czy nie mieszka w naszym mieście - argumentował.
Radny zwrócił też uwagę na kontekst społeczny sprawy, podkreślając, że w mediach pojawiły się liczne komentarze mieszkańców wskazujące, iż wymienieni radni faktycznie mogą nie zamieszkiwać na terenie miasta. - Było bardzo wiele komentarzy wskazujących, że państwo radni rzeczywiście nie mieszkają na terenie miasta i jeśli jest choć cień wątpliwości, to komisja rewizyjna powinna rzetelnie przeprowadzić swoją pracę - przekonywał.
Spór o to, czym jest "zamieszkiwanie"
Jednym z ciekawszych momentów sesji była wymiana zdań na temat tego, jak w ogóle należy weryfikować, czy ktoś gdzieś mieszka. Pozornie banalne pytanie okazało się prawniczą i praktyczną zagadką, która podzieliła radnych.
Radny Zbigniew Krych stanął na stanowisku, że samo sprawdzenie dokumentów - zameldowania, rachunków, deklaracji - to za mało. Prawdziwa weryfikacja powinna obejmować realne, codzienne czynności życiowe. - Komisja rewizyjna musi zapoznać się z dokumentami, ale także stwierdzić inne czynności życiowe, a takimi życiowymi czynnościami dla mnie, dla osoby żyjącej, jest np. sen. Tam, gdzie człowiek zamieszkuje, tam człowiek sypia. Tam człowiek się myje, tam zużywa wodę, tam zużywa prąd. O tym dyskusji nie było na komisji rewizyjnej - przekonywał.
Wypowiedź, choć nieco kolokwialna w formie, oddawała istotę problemu. Pojęcie "zamieszkiwania" w polskim prawie nie jest bowiem tożsame z zameldowaniem. Zgodnie z Kodeksem cywilnym miejscem zamieszkania osoby fizycznej jest miejscowość, w której osoba ta przebywa z zamiarem stałego pobytu. Kluczowe są więc dwa elementy: faktyczne przebywanie i wola pozostania, a tego nie da się jednoznacznie ustalić, patrząc wyłącznie na dokumenty urzędowe.
Zupełnie inaczej widział to Łukasz Chojnowski, który bronił podejścia formalnego. Jego zdaniem komisja rewizyjna nie może za każdym razem prowadzić śledztwa terenowego tylko dlatego, że ktoś złoży pismo z zarzutami. - Jeśli ktoś przyjdzie i złoży pismo, że Chojnowski mieszka w Krakowie, komisja rewizyjna będzie latała i robiła wizję, czy Chojnowski mieszka w Krakowie, czy w Ostrowi? To znaczy, że trzeba byłoby jechać do Krakowa. Komisja nie może tak działać za każdym razem tylko dlatego, że ktoś złoży pismo. Muszą być fakty i dokumenty - ripostował.
Chojnowski zwrócił uwagę na realne niebezpieczeństwo: gdyby każdy anonimowy lub niepoparty dowodami donos wymuszał na komisji rewizyjnej prowadzenie rozbudowanego postępowania, mogłoby to sparaliżować pracę rady i stać się narzędziem politycznych rozgrywek.
Prawne granice działania komisji
Ważny głos w dyskusji zabrał radny Marian Malec, który próbował uspokoić nastroje, wskazując że komisja rewizyjna działała w ramach swoich możliwości prawnych i nie mogła zrobić więcej, niż zrobiła. Jego stanowisko potwierdził prawnik obsługujący radę, mecenas Dawid Witusiński.
Witusiński jednoznacznie wyjaśnił, że pewne metody weryfikacji, które mogłyby rozwiać wątpliwości, np. analiza logowań telefonów komórkowych, pozwalająca ustalić, gdzie dana osoba faktycznie przebywa na co dzień, są zarezerwowane wyłącznie dla uprawnionych organów państwowych. Tego rodzaju czynności mogą prowadzić jedynie prokuratura, policja albo Centralne Biuro Antykorupcyjne, i to tylko w granicach przyznanych im ustawowo kompetencji oraz w trybie ściśle określonym przepisami prawa.
Co więcej, gdyby radni lub inne osoby podjęły samodzielne próby pozyskiwania takich danych, mogłoby to stanowić naruszenie obowiązującego porządku prawnego. Należy również zaznaczyć, że zarówno radni, jak i urzędnicy miejscy, w tym sekretarz i skarbnik, są zobowiązani do niezwłocznego zawiadomienia organów ścigania, jeżeli w związku z pełnieniem obowiązków służbowych powzięli informację o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
Opinia prawna postawiła sprawę w nowym świetle. Okazało się, że komisja rewizyjna - nawet gdyby chciała - nie miała narzędzi, by jednoznacznie rozstrzygnąć, gdzie faktycznie mieszkają objęci postępowaniem radni. Z jednej strony dawało to argument obrońcom trójki radnych, skoro nie da się udowodnić, że nie mieszkają w Ostrowi, to nie ma podstaw do wygaszenia mandatów. Z drugiej strony przeciwnicy werdyktu mogli powiedzieć, że brak dowodów nie jest dowodem braku problemu i otrzymać paliwo do działania.
"To jest kpina z nas wszystkich"
Najbardziej emocjonalne wystąpienie należało do radnego Waldemara Pałysa, który nie przebierał w słowach. Nie krył frustracji zarówno wobec przebiegu postępowania, jak i wobec samych radnych, których sprawa dotyczyła. - Niestety to, co teraz się dzieje, to jest przykład tego, że państwo jesteście tak zdolni, że będziecie wymyślali coraz gorsze bagno. Dlaczego wy jesteście tacy naiwni? Czy wy myślicie, że ludzie nie wiedzą, gdzie wy mieszkacie? Ja życzę wam jak najlepiej, żebyście byli tymi radnymi. A to całe postępowanie, które nam tu przedstawiono, to jest kpina z nas wszystkich. Kiedyś się to na was zemści - grzmiał Pałys.
Radny nie ograniczył się do ogólników. Wyraził swoje osobiste przekonanie co do każdego z trójki radnych z osobna. - Moja pewność co do radnego Romana Betlejewskiego jest absolutna, że nie mieszka na terenie miasta. Do pani radnej Krajewskiej jest pewność absolutna, że adres, który podawała, jest nieprawdziwy - wymieniał.
Jedynie w przypadku Jolanty Kwiatkowskiej Pałys przyznał, że jej argumentacja była bardziej przekonująca. - Co do pani radnej Kwiatkowskiej, to w zasadzie jedyna osoba, która jakoś odrobiła lekcję, przynajmniej stara się przekonać nas, że tak jest, jak pisze, i to jest dosyć wiarygodne - ocenił.
Nie oszczędził jednak Betlejewskiego, którego pisemne wyjaśnienia skwitował krótko i dosadnie. - Proszę wybaczyć, panie Betlejewski, no pana wypociny to są wypociny. Tego się nie da czytać po prostu.
Wystąpienie Pałysa, choć kontrowersyjne w formie, oddawało nastroje przynajmniej części rady i jak wynikało z dyskusji w przestrzeni publicznej, również części mieszkańców Ostrowi.
Trzy głosowania, trzy odmowy, różne większości
Po wyczerpaniu dyskusji rada przystąpiła do głosowania. Każda z trzech uchwał dotyczyła odmowy stwierdzenia wygaśnięcia mandatu, a więc głosowanie "za" oznaczało wolę zachowania mandatu przez danego radnego. Radny, którego sprawa dotyczyła, nie brał udziału w głosowaniu nad własnym mandatem.
Roman Betlejewski zachował mandat głosami 13 radnych przy 6 głosach przeciw i jednym wstrzymującym się. Za utrzymaniem jego mandatu głosowali m. in. Małgorzata Bartkiewicz, Łukasz Chojnowski, Michał Kacprzak, a także obie radne, których mandaty również były kwestionowane - Anna Krajewska i Jolanta Kwiatkowska. Przeciwko opowiedzieli się konsekwentnie: Bogusław Konrad, Robert Krajewski, Zbigniew Krych, Ewa Orzechowska, Waldemar Pałys i Paweł Pecura. Edward Zalewski wstrzymał się od głosu.
Anna Krajewska uzyskała poparcie 12 radnych, przy 7 głosach przeciw i jednym wstrzymującym się. W jej przypadku opozycja była nieco liczniejsza, do grona przeciwników dołączył Krzysztof Laska, który wcześniej głosował za utrzymaniem mandatu Betlejewskiego. Sam Betlejewski tym razem mógł głosować i poparł Krajewską.
Jolanta Kwiatkowska otrzymała zdecydowanie najsilniejsze poparcie, aż 15 głosów "za", przy zaledwie jednym przeciwnym (Waldemar Pałys) i czterech wstrzymujących się. To głosowanie potwierdziło wcześniejsze sygnały z dyskusji, nawet sceptyczni wobec pozostałej dwójki radni uznali, że w przypadku Kwiatkowskiej argumenty za zamieszkiwaniem w Ostrowi są wystarczająco przekonujące. "Za" głosowali nawet Zbigniew Krych i Bogusław Konrad, którzy przy dwóch poprzednich głosowaniach konsekwentnie opowiadali się przeciwko utrzymaniu mandatów.
Co dalej ze sprawą?
Przyjęcie uchwał o odmowie wygaszenia mandatów nie musi oznaczać definitywnego końca sprawy. Zgodnie z przepisami ustawy o samorządzie gminnym uchwały rady w sprawie wygaśnięcia mandatu mogą być zaskarżone do sądu administracyjnego. Osoby, które inicjowały postępowanie, lub wojewoda mogą zakwestionować decyzję rady, jeśli uznają, że została podjęta z naruszeniem prawa.
Również sam wojewoda mazowiecki, sprawujący nadzór nad legalnością działań organów samorządu terytorialnego, może z urzędu zbadać, czy uchwały o odmowie wygaszenia mandatów zostały podjęte prawidłowo, zarówno pod względem proceduralnym, jak i merytorycznym.
Sesja pokazała coś więcej niż lokalny spór o mandaty. Ujawniła systemowy problem: w polskim prawie samorządowym wymóg zamieszkiwania na terenie gminy jest warunkiem sprawowania mandatu, ale jednocześnie brakuje skutecznych narzędzi pozwalających samorządowi samodzielnie ten warunek zweryfikować. Z drugiej strony istnieje przepis o centrum życiowym, a w miejscowościach na przedmieściach, tzw. "sypialniach", ich mieszkańcy centrum życiowe mają właśnie w większych miastach, graniczących z nimi.
Komisja rewizyjna nie jest organem śledczym, nie ma uprawnień do kontroli logowań telefonów, nie może prowadzić obserwacji, a dokumenty urzędowe - jak zameldowanie - nie przesądzają o faktycznym miejscu zamieszkania. W efekcie powstaje swoista luka: każdy może podnieść zarzut, ale nikt na poziomie gminy nie jest w stanie go jednoznacznie potwierdzić ani obalić. Sprawa trafia więc w polityczny klincz, gdzie decydują nie twarde dowody, lecz głosowania, a te nierzadko bywają podyktowane lojalnością koalicyjną, nie ustaleniami faktycznymi.





Komentarze
Komentarze publikowane pod artykułami są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Właściciel portalu nie ponosi odpowiedzialności za treść tych opinii.